Moje przygody z moim sklepem. Czekam, aż znowu to ja będę rozdawał karty
Jest taki sklep osiedlowy w dużym mieście. W Małopolsce. Raz się lubimy drugim razem myślę o nawet dwóch przystankach dalej byle się nie spotkać z kierownikiem.
Nie było na początku jeszcze koronawirusa więc nasze relacje ze sklepem, a przy tym z kierownikiem, były poprawne.
Potem się nasz związek – przy pandemicznym obostrzeniom – zaczął psuć.
Najpierw – jak miałem w zwyczaju – pojawiłem się przy sklepie ok. godz. 7. A na sklepie kartka, że sklep czyny od ósmej.
Zawróciłem. Przyszedłem po ósmej. Otwarte. Wchodzę. Za mną też kilkanaście innych osób. I nagle wrzask kierownika.
– Proszę państwa jaja sobie robicie? Wszyscy do sklepu, a przecież może być w środku tylko 10 osób. To po co my kartki wywieszamy na drzwiach wejściowych.
Było ze trzydzieści. Kierownik część wyrzucił i zagrodził drogę następnym do wejścia.
Coś tam kupiłem i starałem się zrozumieć kierownika.
Kilka dni później znowu pojawiłem się w moim osiedlowym sklepiku. Tym razem byłem po ósmej, a chciałem jedynie kupić 2-3 kilko ziemniaków bo do wszystkich pobliskich osiedlowych „zieleniaków” były olbrzymie kolejki.
„Nie ma dwa kilo. Mogę sprzedać w worku 15 kilo. Przynieść?”. Kierownik był u szczytu formy. Na pytanie czy to ziemniaki z jakiegoś Maroka czy innej Hiszpanii zbeształ mnie, że ziemniaki to ziemniaki.
Ponieważ to mój najbliższy sklep spożywczy znowu się tam pojawiłem kilka dni później.
Poczekałem w kolejce jak ktoś wyjdzie, wszedłem, ruszyłem na zakupy.
Kierownik czaił się się już za warzywami.
„I co? Nie widać dużego napisu, że przed wejściem do sklepu korzystamy z płynu dezynfektuającego?”.
No nie zauważyłem. Skruszony poddałem się procedurze.
Po zakupach nawet się pożaliłem komuś, jak w moim sklepiku mnie traktują. Ale co tam.
Zniosłem nawet rękawiczki i maseczki obowiązkowe. Potem ze trzy nieudane wyprawy do sklepu w czasie przeznaczonym dla seniorów.
Odwilż w naszych stosunkach przyszła nieoczekiwanie przed świętami. Sobota. Nie było kierownika. Zabrakło mi kilku produktów do sałatki. Oczywiście jest godzina 11.05. Do sklepu – jako nie 65 plus – nie wejdę. W środku nikogo nie ma. Zlitowała się się jedna z pracownic, wzięła komórkę, gdzie miałem przepis na sałatkę. Zapakowała koszyk i podałem jej kartę, żeby zapłaciła. Zaoszczędziłem trochę czasu.
Zostałem ukarany tydzień temu w sobotę. Zniesiono godziny dla seniorów, zaczęto wpuszczać więcej ludzi do sklepów. Jestem więc w sobotę o 10.15 przed sklepem. Kolejka. Czekam na wejście do sklepu. I oto nadciąga seniorka z wózkiem na kółkach. Pomija kolejkę i kieruje się do sklepu.
Kierownik widzi to wszystkie i jakoś dziwnie milczy o zmianach przepisów…
Ja też odpuszczam. Ale poczekam jeszcze.

