Bez kategorii

„Sveti Jure na jednym cylindrze” – motocyklowa wyprawa na „taras” Dalmacji
Decyzja zapadła niespodziewanie. Przyjaciele mieszkający w naszym miescie, jednak
których okazję mamy spotykać głównie na festiwalach muzycznych na drugim końcu Polski,
podesłali nam informację, że końcem lipca, na Półwyspie Istria odbędzie się festiwal muzyki
soundsystemowej. Głodni doznań muzycznych, po skreśleniu ostatniej pozycji z listy festów w
Polsce w 2020 r. z uwagi na pandemię, nie mięlsimy ani chwili zawachania.
Pół roku przygotowań, kontra covidowa rzeczywistość.
Każdej zimy, gdy nasze motocykle przechodzą gruntowne serwisy, mam taką przypadłość,
że wyszukuję na mapach jak najbardziej powykręcane drogi, które chciałbym przejechać. Olśnienie
przyszło, gdy odkryłem trasę na Mangart, poprowadzoną ponad 2000 m n.p.m.. w Triglawskim
Parku Narodowym(Słowenia). Początkiem marca wszystko wydawało się zaplanowane, nie
przewidzieliśmy pandemii… Słowenia jako jedna z pierwszych ogłosiła, że jest już gotowa na
turystów i „opanowała” epidemię. Sytuacja równie szybko uległa zmianie i gdy inne europejskie
kraje „odmroziły” turystykę, nasz kraj docelowy zamknał sie na 4 spusty, dopuszczajac jedynie
tranzyt. Dobra! Polska też jest piękna, a nie znamy jeszcze ściany wschodniej. Znów rysowanie
tras na mapie, planowanie noclegów(wielki ukłon dla www.grupabiwakowa.pl) i tak zostało dwa
tygodnie do wyjazdu, kiedy jak z nieba spadła na nas wieść o odważnym pomyśle chorwatów.
Motocykliści mają specyficzne pojęcie komfortu.
Dla niektórych to odrębna społecznosć, inni widzą nas niemalże jako subkulturę, dla nas
„motocyklizm” to wolność oparta na samowystarczalności, indywidualiźmie i zmaganiu się
trudnościami czychającymi zewsząd. Jadąc w trasę czasem trafi się deszcz, czasem wiatr, czasem
burza, a czasem niemiłosierny upał. Podstawowym sposobem na spędzanie nocy, jest biwak w
naszym wysłużonym namiocie. W tej wyprawie, ulegliśmy „podwyższonym standartom”
wynajmując apartament w Tucepi. Dwa czynniki skoniły nas do tej decyzji: ekonomiczny i
logistyczny. Okazało sie bowiem, że w okolicach naszego głównego celu(Sveti Jure) nie ma
campingów, a te oddalone są o wiele drozsze niż nocleg w 55 m2 z widokiem na morze… Tak czy
inaczej przez wiekszosć wyprawy sypialiśmy gdzie popadnie. Słowacja i Węgry dopuszczają
możliwosć biwakowania „na dziko”. Inaczej ma się to w turystycznej Chorwacji, ale i tu zdarzają
się wyjątki.
„Escape the City”.
Trasę rozpoczęliśmy we wtorkowe popołudnie docierając w okolice miejscowosci
Rudabanya(Węgry), gdzie zachodzące nad morzem słoneczników słonce zasugerowało nam
wyszukanie miejscówki na odpoczynek.
Następny dzień był tym trudniejszym, ponieważ przemierzając mocno nasłonecznione,
płaskie Węgry, przekroczyliśmy granicę Letenye – Gorican i ok sto kilometrów dalej w stolicy
Republiki Chorwacji zastała nas spora burza. Nie zawsze rozsądek wygrywa ze zmęczeniem,
postanowiliśmy jej „uciec”, na szczęście bezpiecznie i po kilkunastu kilometrach obsychaliśmy w
promieniach zachodzącego słońca. Szczęśliwe dotsrliśmy do kempingu „Robinzonski”, który
chechował się absolutnym brakiem prądu, i skromnym zapleczem sanitarnym, za cenę genialnego
położenia nad rzeką Mrežnica. Położenie doceniliśmy następnym rankiem po wielogodzinnej
regeneracji, okraszonej szumem małego progu rzecznego. Ależ tu pięknie… zauważyłaś, że nie ma
komarów? No cóż, po dwóch dniach czas na kapiel. Do dyspozycji jedynie Mrežnica. Ale, ale… ta
woda jest przezroczysta, pachnie świerzoscią i o 7:30 jest cieplejsza niż ta, którą w domu leję z
prysznica. Wchodzę! I znów niespodzianka. Myślałem, że zanurzę sie powoli, ale jej złudna
przejrzystosć zatopiła mnie po szyję. Leniwe śniadanie, kawa i pakowanie. Ruszamy na Istrię!
Na początek wąskie kręte dróżki, pnące się ku górze, mnóstwo uspakajajacej zieleni i
swieżego powietrza. Gdy mimo przypływu dnia poczuliśmy chłód, ukazał sie znak zapowiadajacy
przełęcz Veliki Vodenjak(847 m n.p.m.). Wtedy po raz pierwszy brakło oddechu od piękna
panoramy, która nam sie ukazała. Mijając Lokve powoli krajobraz zaczął się zmieniać. Bujna zieleń
przegrywała z białą skałą, co raz wyzej pnącą sieku niebu. Powietrze wyschło, raz po raz zanosząc
siesłonym zapachem, jakby morskim. Jest i on, Adriatyk!
Dojechaliśmy do miejscowości Rijeka, gdzie po tankowaniu znów zaczęło padać, ale tu juz
nie uciekaliśmy… Temeratura była na tyle wysoka, że pierwszy raz, jadąc motocyklem poczyłem
ulgę podczas deszczu. Gdy zblizaliśmy się do celu. A chmury odeszły daleko odsłaniajac palące
słońce zaczęło brakować powietrza, na stacji benzynowej wypiliśmy po butelce(1,5l) na głowę i
muśięliśmy zdjąć bezpieczną odzież motocyklową, na rzecz jeansowych katan(mimo wszystko to
jakaś ochrona). Dotarliśmy do miejscowości Barbariga, gdzie czekali na nas juz przyjaciele
wcześniej wspomniani. Mocne ich było zdziwienie, że zazwyczaj pusta wioska tetni życiem.
Wystarczyło spojrzeć na rejestracje i internet. Słowenia otworzyła granice, a że do Istrii mają
zaledwie kiladziesiat(kilkaset) kilometrów, słowency ruszyli tłumnie nad Adriatyk. Nasz festiwal
umiejscowiony był na północ od plaży miejskiej, tuż za plażą naturystów. Rozbijając namiot(na
dziko-to wyjątek w Chorwacji) dotarło do mnie, że najpiękniejsze widoki w życiu można mieć za
darmo. Mięliśmy wszystko, widok na morze, kamienny mur, 100 m plazą do festiwalu, a za dnia
spokój którym cechują się plaże naturystów. Sam festiwal był dla nas ciekawostką, chcięliśmy sie
przekonać jak to robią Chorwaci. W sumie wszytko jakby u nas, no moze poza drobnymi
różnicami, że piwo rzemiślnicze i bez ściemy, i że można na terenie festiwalu kupić
wysokoprocentowy alkohol(Rakija), a mimo to nikt sie nie zatacza i nie robi brzydkich scen.
Prawdziwy Chorwat!
Anton, który prosił by nazywać go „Anti” to prawdziwy człowiekw poważnym wieku, który
zdarł niejedną oponę motocyklową. Natknął sie na naszą „hacjendę” przechodząc plażą i po prostu
zagadał. Och jakie to było dla nas szczescie, ponieważ ulegając propozycjom innych
motocyklistów, ja również wyznaczyłem trasę w kierunku dalmacji wzdłóż wybrzeża. Nie! Nie
bądźcie głupi, to nudne jedźcie tedy! Zabrał nasdzą mapę i wskazał trasę kontynetalną przez góry.
Wspaniałą, pozwalajacą dokładnie odczuć, kiedy wjechaliśmy na Bałkany. Naszą naczelną zasadą
podróży motocyklowych jest za wszelka cene unikanie autostrad i dróg szybkiego ruchu. Skoro
decydujemy sie na zwiedzanie świata z siodła, dobrze ejst pojechać „bokiem” żeby więcej
zobaczyć. Wyjatkiem były Węgry, które dl nas miały charakter tranzytowo-noclegowy). W pewnym
momencie z szaro – suchych gór, jakże typowych dla tego półwyspu zaczęły sie pojawiać co raz to
bielsze szczyty. Anteko, to Dalmacja! Z początku spokojna, zielono – biała, rzadko zabudowana,
nagle ukazała swoje piękno, także architektoniczne… Nie widzieliśmy czy jechać dalej, czy zostać
tam i zwariować ze szczescia pod urokiem tego miejsca. Gps pokazywał ok 70 km do celu, a moza
jak nie widać, tak nie ma. Ostry zakręt po wysoko pnącej się drodze i wybuchał ona, Makarska
Riviera! Zjazd do drogi oplatającej wybrzeże i juz widziałem, co miał na myśli Anti… Spory ruch, z
jednej strony woda, z drugiej ściana, średnie widoki.
Makarska Riviera.
Tucepi to miasteczko na południe od Makarskiej, z którego poprowadzono ścieżkę wzdłuż
klifów. Jednak jest też ta druga, wąska, nieoznaczona, ciut niebezpieczna i o niebo piękniejsza.
Pozwalajaca zaglądać na szczyty klifów. Oczywiście także wydłużając spacer do Makarskiej, który
miał zaowocować jedynym miejskim plenerem podczas podróży. Miał, ale przecież my kochamy
naturę. Makarska poza dwoma starymi uliczkami, jest zwykłym kurortem zabudowanym drogimi
hotelami i apartamentowcami. Nic nas tu nie trzyma, szybki radler w cieniu i wracamy na Rivierę.
Spacer po Rivierze w największy upał ma to do siebie, że co jakis czas można schłodzic ciało w
Adriatyku. Jak to celnie zauważył nasz przyjeciel Piotrek, „tu wszytko walczy o przetrwanie”, więc
przyroda nie mająca łatwych warunków do życia, mocno uzbrojona jest w kolce. Drzewa oliwne
nawaliśmy pieszczotliwie lokalnym chwastem, bo poza regularnymi gajami oliwnymi były rozsiane
po prostu wszędzie, nawet pomiedzy skałami przy Adriatyku. Mozna było spotkać także sporo Figi
i Granatów.
Turystyka kurortowa vs „Nudist only”
Promenada w Tucepi i plaża głowna była mocno zatłoczona, i „bogata” w badziewne
bibeloty, tony plastiku i kiczu(choć to ponoć 1/3 tego co jest w braku epidemii). Turysta z hotelu z
basenem musi mieć łatwy dostęp do kręconych frytek, piwa i popularnej muzyki. Totalną
przeciwnością są trudniej dostępne plaże nudystów, gdzie panuje spokój, nie ma śmieci, hałasu i
nikt na nikogo nie patrzy! Ta świętosć niestety bywa naruszana przez turystę „tradycyjnego” co
wręcz skutkowało rozdzieleniem plaży liną z wyraźnym oznaczeniem „Nudist only”. Nie chodzi tu
o „obowiazek” zrzucenia ubrań, ale o sobów wypoczynku, wyżej wspomniane sacrum ciszy i
spokoju, bez plastiku. Ale jest jeszcze trzecia możliwosć, i tu należy na prawdę uważać schodząć
do wody, żeby nie spaśc ze skał. Są bowiem miejsca gdzie można wypoczywać w samotnosci,
sporadycznie widząc przepływajacą motorówkę czy piechura idącego do Makarskiej. Tą właśnie
opcję wybieraliśmy my, jako ze ja mam lęki wysokościowe a Aneta przed głęboką wodą szanse
mięliśmy wyrównane.
Przygoda zaczyna sie wtedy, gdy nie wszytko idzie zgodnie z planem.
Wyjazd na Sveti Jure najlepiej zaplanować o świcie, ponieważ jest to nie tyle oblegany
szczyt, co ruch ogranicza sie do 25 samochodów w jednym momencie, z uwagi na przepaścistosć
szlaku i bardzo waską drogę. Jednoślady maja przewagę. Nie muszą czekać w kolejce i nie wliczaja
siedo limitu, ponieważ mogą siemijać praktycznie w każdym momencie. Pierwsza próba skończyła
się niepowodzeniem, gdzyz z jednego motocykla jak z foktanny zaczęło tryskać palio, zalewać
gaźnik no i oczywiscie nie dało siejechać. Udało sie nam w miarę szybko zlokaizować mechanika,
jednak motocykliści zawsze najpierw próbują sami… Telefon odebrał od nas Arek, serwisujący nasz
samochód i pomimo, ze jak zaznaczył motocyklami sie nie zajmuje, to po opisie zasugerował
otwarcie korka paliwa. Słusznie, okazało się, że w baku robiło się podciśnienie i benzyna zalewała
gaźnik i wszystko dookoła. Uch… udało sie, mechanik odwołany. Ale co ze Sveti? Przemiła
gospodyni, w sędziwym wieku przejżała kalendarz i znalazła dla nas jestzcze jedna noc!
Następnego dnia ruszyliśmy przed słońcem, i tak szlaban wstępu do Biokovo przekroczyliśmy jako
pierwsi. Oficjalny wjazd rusza od 6:00 i niby można wcześniej wjechać za darmo, ale my
szanujemy dbałosć kapitału ludzkiego o park narodowy, wiec zaczekaliśmy aby pobrać bilety(50
kun od osoby). Biokovo to najwyższe pasmo górskie Dalmacji, a jego najwyższym punketem jest
druga co do wielkości góra chorwacji, Steti Jure(Święty Jerzy). 22 kilometrowa trasa przebiega
wzdłuż sciany, którą podziwialiśmy od 3 dni, na której zbudowano „Sky Walk”, czyli szklany
spacerniak nad 200 m przepaścią, z którego rozpościera się niesamowity widok na wybrzeże.
Zajrzeliśmy i tam, ale w drodze powrotnej, rykoszetem. Wiele osób nie dociera na Sveti Jure a
interesuje ich tylko Sky Walk. Droga na szczyt im wyżej tym węższa, badziej połamana i
trudniejsza. Warto poćwiczyc trudne zakrety zanim szarpniemy się na wyjazd. Na szczyt można też
dotrzec pieszo, i choć to tylko 1762 m n.p.m. Należy się dobrze przygotować, bo upał nie daje za
wygraną, a nachylenie jest spore, w końcu poziom może to niemalże start wędrówki. Na szczycie
cisza, spokój i bajeczka panorama 360 na Dalmację… czasem tylko docierały z dołu głosy
spanikowanych ludzi, nieradzących sobie z pojazdami w takich warunkach, ale hola, hola, to nie
jest dróżka dla każdego. Na szczęscie kadra parku narodowego jest doskonale przygotowana to
odpowiedniego sterowania ruchem.
Chorwackie zachody słońca…
Tu nie można przejśc obok obojetnie. Od północy na południe, inne lecz równie ujmujące.
Wybuchowe, i jakże zależne od choćby najmniejszego zachmurzenia. Towarzyszyły nam na Istrii i
kładły spać w Dalmacji. Kiedy już oczy po całym dniu, chcą ogladać tylko powieki, nagle niebo
zaczyna płonąć a człowiek znów zamiera w bezdechu. Coś wspaniałego, aboslutnie zjawiskowo!
Kontynent czy wybrzeże?
Wg. mnie Republikę można podzielić na trzy obszary: pólnocno-kontynentalną,
kontynentalną i wybrzeże. W tej pierwszej znajdziemy sporo zieleni, powietrza, niemożliwie
przejżyste rzeki i wspaniałe górskie panoramy. Kontynentalan, ta kótra jasno wskazuje na obecnosć
na Półwyspie Bałkańskim jest sucha, bardzo panoramiczna i skromna w roślinność. Momentami
przerażająca, jadąc nia, trzeba się liczyć, że w przypaku awarii moze nas czekać długi spacer do
najblizszych zabudowań. Wybzeże, te czesci które widzieliśmy(Istria i Rivera Makarska)
charakteryzuja się trzema chechami wspólnymi: czerwona ziemia, sosny i cykady. Zmieniają się
natomiast proporcje, i tak na Istrii Ziemia jest czerwona jak cegła a sosny bujnie ja porastają, tak na
południu ziemia jest sucha i sosen nieco mnie, co nie oznacza, ze zatraca się ich zapach…
Wspaniały. Cykady natomiast zamieszkały na całej długości wybrzeża i w czesci „kontynentalnej”.
Tak na prawdę po tygodniu obcowania z nimi, nocleg w drodze powrotnej na terenie Węgier
wydawał się trudny do spełnienia, na prawdę te przerośniete świerszcze czarują dźwiękiem.
Kim są ci chorwaci?
Raczej zapamietamy ich jako uprzejmych i otwartych ludzi. Nie szczędzochych uśmiechu i
chęci pomocy. W części przygranicznej miny mieli jednak nieco bardziej smutne i zdarzyły sie
nawet nieprzyjene sytuacje drogowe. Z wyglądu podobni do Polaków. Święci sie są, bo podczas
spaceru rivierą czy jazdy przez kontynent możnabyło spotkać „ukryte” śmieciowiska. Jednak
spotkaliśmy też „polskie” akcenty… Tego zrozumieć nie potrafię. Z chorwatami można dogadać
siena różne sposoby. Robiac rekonesans przed wyjazdem, kazdy mi doradzał jezyk angielski, ale
gdy zacząłem uczycsie podstawowych zwrotów, zauważyłem, że jest to jezyk tak podobny do
naszego. Ja sugeruję zaznaczyć, „że jestem z Polijska, nasze języki podobne, mów proszę po
hrvatsku tylko powoli” – uśmiechaja sie i zaczyna sę gadka kleić w duchu słowiańskiej więzi krwi.
Koliko to kosta?
Tu weźcie poprawkę, że my na prawdę lubimy na surowo a 2/3 budżetu pożeraja nam stacje
benzynowe. Mogę napisać o kosztach oczywistych. Apartament na ulicy słusznie nazwanej
Ekonomija, w kurorcie Tucepi to ok 70 zł za noc od osoby dorosłej. Przepyszny obiad
wegetariański(taki, że niełatwo było go dojeść ze wzgledu na ilość), zalany piwem ok 100 zł za
dwie osoby. Najtańsza jest Rakija… Nawet podczas festiwalu, cena barowa to ok 6 zł za 30 ml. W
sklepie „małpka” 100 ml kosztuje ok 8 zł. Kupowałem takie małpki, choć na codzień tego nie robię.
Kraj cieplejszy i i zagrożenie infekcji pokarmowej podwyższone… Jedzenie codzienne w cenach
zbliżonych do naszych.
Covid 19.
Zaledwie jeden sklep w kurorcie omówił nam wstępu, pod pretekstem nie posiadania
„oryginalnych masek”, my tak jak w PL używamy bandamek tam, gdzie obowiązek istnieje. Ja
jestem bliski twierdzenia, ze pani raczej przestraszyła sienaszego niezbyt kurortowego wyglądu,.
Ale dowodu na to nie mam. W żadnym innym sklepie, pomimo informacji większego ciśnienia na
maski nie było. Warto zaznaczyć, że żaden pogranicznik czy policjant, kotrolujacy tysiace osób
dziennie nie miał ani maseczki ani rękawic. a Przekraczalismy granicę węgiersko – chorwacką i
chorwaco – słoweńską. W Węgrach temat jakby nie istniał, poza stacja benzynową przy Słowacji,
gdzie natrafiliśmy na dawo niespotykane już zapory na 3 kilentów w obiekcie.

Dodał /

Redakcja Ilustrowanego Kuriera Codziennego w Katowicach,, ul. Obroki 133. E-mail: redakcja@katowice.ikc.pl. Adres centrali: Kraków, ul. Wielopole 1. tel. 600-015-060; e-mail: kontakt@ikc.pl.

Napisz komentarz

Your email address will not be published.

Start typing and press Enter to search