Mieczysław Sobol – nasz tarnowski Powstaniec. Wspomnienie.
Mietka Sobola, wieloletniego geodetę wojewódzkiego, biegłego do spraw geodezyjnych, miłośnika i odkrywcę starych map znam od 30 lat. Ale dopiero niedawno dowiedziałem się, że pochodzi z Warszawy, gdzie jako 10-letni chłopiec przeżył Powstanie.
– Tajemniczy jesteś. Nigdy nie mówiłeś, że pochodzisz z Warszawy. Nie tylko ja kojarzyłem Ciebie z Tarnowem, brałem za tarnowianina z dziada- pradziada. A tu masz: warszawiak jednak!
– Uznałem, że nie było o czym rozprawiać.
– No ale Powstanie. Miałeś 10 lat kiedy wybuchło, musiałeś dużo zapamiętać?
– Mieszkaliśmy z mamą na Mokotowie, przy Ursynowskiej 60. Akurat bawiliśmy się z chłopakami w pobliskim parku, kiedy usłyszeliśmy strzały. Uciekliśmy do domu. Był 1 sierpnia 1944, tuż po godzinie 17.
– A co robił wtedy Twój tata?
– Z ojcem to osobna historia. Od kilku lat nie było go z nami. Przed wrześniem 1939 był w dowództwie lotnictwa polskiego w Warszawie, przy Pułaskiego. Dostał przydział do Armii „Poznań”, ale tam już nie było lotnictwa. Potem typowy los polskiego żołnierza: po agresji sowieckiej przedostał się do Rumunii, stamtąd do Francji, do Skorskiego. Był szefem uzbrojenia dywizjonów 300, 301, 302. Do Polski już nigdy nie wrócił. Nawet po odwilży w 1956. Obawiał się, że zapoluje na niego UB, jak na wielu, którzy wracali i trafiali do wiezień, byli torturowani, posądzani o szpiegostwo.
– Usłyszeliście strzały, uciekliście do domu.
– Najpierw do mieszkania, mieściło się na I pietrze, potem przenieśliśmy się do piwnicy, gdzie mieszkaliśmy przez 2 miesiące. Wystaraliśmy się o jakieś deski, żeby nie spać na betonie. Sytuacja była taka, że na Odyńca byli Niemcy, na Ursynowskiej nasi. Kto zna topografię Warszawy,wie jak to blisko siebie.
– Dwa miesiące w piwnicy! Przecież musieliście coś jeść?
– Chyłkiem, nieraz pod ostrzałem, nocami, przemykaliśmy na Pola Mokotowskie. To był tak zwany „teren niczyj”. Zbieraliśmy co się dało, głównie ziemniaki, kapustę. I z tego mama gotowała jakieś zupy.
– Przesyłałeś meldunki?
– Jak wielu chłopaków w moim wieku. Znałem dobrze teren,więc było mi łatwo.
– Po 2 miesiącach nierównej walki Powstanie dogasa. Co wtedy robiłeś?
– Do nas Niemcy przyszli 26 września, po południu. Pamiętam, że chcieli zastrzelić stróża, wzięli go za uczestnika walk. Mama, pochodząca z Poznańskiego, doskonale znała niemiecki. Wytłumaczyła Niemcom, kto to taki. A oni mieli respekt dla tych, którzy znali niemiecki. Nasz stróż ocalał.
– I trafiliście do obozu w Pruszkowie, jak wiele ludności cywilnej
– Ale nie tak od razu. Nas na szczęście przejęli Niemcy, bo gdybyśmy trafili w łapy własowców, pewnie by nas zabili, to była dzicz. Popędzono nas na Forty Mokotowskie. Potem na Służewiec, słynny z wyścigów konnych. Załadunek do wagonów i do Pruszkowa. Tu apel: kobiety z dziećmi osobno, mężczyźni osobno. Mężczyzn załadowano do wagonów i wysłano na roboty do Rzeszy. Nas ściśnięto w wagonach- węglarkach, po 70 osób w jednej. Jechaliśmy na południe,w rejon Kielc. Tu na jednej ze stacji spotkaliśmy niemieckich lotników. Dopytywali, skąd jesteśmy i gdzie nas wiozą. Nie wiedzieliśmy, co im odpowiedzieć.
-A jak trafiłeś do Tarnowa akurat?
– W Wolbromiu pociąg zatrzymał się. Padła komenda: ”wszyscy wysiadać!”. Tak odzyskaliśmy wolność. Zostawili nas tutaj. A że mieliśmy stryja w Tarnowie,więc udaliśmy się do niego. Przez jakiś czas korzystaliśmy z jego gościny, potem wystaraliśmy się o mieszkanie. I tak zostałem tarnowianinem.
– Jesteś absolwentem I LO?
– Tak. A potem studiowałem na wydziale geodezji i kartografii Politechniki Warszawskiej.
– Daleko…
– Próbowałem bliżej, w Krakowie, ale rozpytywano o pochodzenie, gdzie ojciec. W Warszawie takich ceregieli nie robili. Tam zrobiłem dyplom. Pół w wieku temu.
– I do rodzinnej Warszawy już nie wróciłeś?
– Miałem taki zamiar, ale po naszym domu został tylko szkielet . Nie było do czego wracać. Wróciłem więc po studiach do Tarnowa i tu osiadłem na dobre. Oczywiście odwiedzałem stare kąty. Nasz dom przy Ursynowskiej został na tym szkielecie odbudowany. Mieszkają tam teraz zupełnie inni ludzie.
Rozmawiał: Zygmunt Szych
Fot: Artur Gawle

